10 października minie dokładnie 50 lat od dnia, w którym Szkoła Podstawowa w Nadarzynie otrzymała imię profesora Witolda Doroszewskiego. Dla kolejnych pokoleń uczniów jego nazwisko kojarzyło się przede wszystkim z wielkim słownikiem języka polskiego i fotografią poważnego profesora. Tymczasem Doroszewski był żeglarzem, jeździł motocyklem, urządzał imieniny na jachcie, a jego życie znacznie bardziej przypominało opowieść podróżnika niż stereotypowy życiorys językoznawcy.
Trudno wyobrazić go sobie inaczej niż w garniturze, z charakterystycznym wąsem, siedzącego nad książkami. Tymczasem na początku lat 20. młody Witold Doroszewski kupił około dziesięciometrową otwartą jolkę. Jak po latach wspominał jego syn Jan, przepłynął nią Wisłą z Warszawy do Gdańska, później żeglował po Zatoce Gdańskiej i wychodził na morze.
Z czasem zdobył uprawnienia kapitana jachtowego i został członkiem Polskiego Yacht Clubu. Żeglarstwo nie było przy tym hobby trzymanym gdzieś z boku poważnej kariery naukowej. Wchodziło w jego codzienne życie.
Doroszewski miał na drugie imię Jan i właśnie dlatego swoje imieniny obchodził 24 czerwca. Kiedy mieszkanie przy ulicy Sewerynów w Warszawie okazywało się za małe dla zaproszonych gości, przyjęcie przenosił na jacht.
Wspominano, że podczas takich spotkań sypał dowcipami i anegdotami w kilku językach, śpiewał, recytował wiersze – również własne, żartobliwe – i znał się na dobrym winie.
Ale jacht nie był jego jedyną mechaniczną pasją.
Przed wojną młody profesor przyjeżdżał na Uniwersytet Warszawski motocyklem. Po wojnie motocykl stał się także narzędziem pracy. Doroszewski przemierzał nim Polskę podczas badań gwarowych, czasem wożąc na tylnym siedzeniu współpracowników.
Podczas jednej z takich wypraw wydarzyła się historia, która świetnie pokazuje różnicę między oficjalnym wizerunkiem profesora a człowiekiem, którym był na co dzień.
Doroszewski przyjechał z asystentem do miejscowości, w której miał wygłosić odczyt. Ponieważ to asystent siedział z tyłu motocykla, gospodarze uznali właśnie jego za profesora. Doroszewskiego potraktowali natomiast jak kierowcę albo pomocnika uczonego.
Tak właśnie potrafił wyglądać jeden z najbardziej znanych polskich językoznawców XX wieku.
W latach 50. kierował badaniami dialektologicznymi prowadzonymi między innymi na Mazowszu, Warmii i Mazurach. Zespoły językoznawców jeździły od miejscowości do miejscowości, rozmawiały z mieszkańcami i zapisywały słowa, zwroty oraz sposób wymowy.
Jedna z jego uczennic, Barbara Falińska, zapamiętała scenę z ludźmi kopiącymi torf. Doroszewski zatrzymał się i zaczął z nimi rozmawiać. Po pewnym czasie starsza kobieta powiedziała Falińskiej, że profesor musi być „bardzo wielkim człowiekiem”.
Nie wiedziała, ile książek napisał ani jakie pełnił funkcje. Zwróciła uwagę na coś zupełnie innego – na sposób, w jaki rozmawiał ze zwykłymi ludźmi i ich słuchał.
A przecież Doroszewski potrafił jednocześnie wzbudzać ogromny respekt.
Był wysoki, postawny, miał charakterystyczny niski głos. Jeden z jego uczniów wspominał, że kiedy profesor szedł Krakowskim Przedmieściem, było po prostu widać, że „kroczy profesor”.
Maria Dąbrowska zapisała w swoim dzienniku, że uważała go za człowieka bardzo przystojnego. Choć nie zawsze zgadzała się z jego poglądami językowymi, widziała w nim jednego z tych uczonych, w których czuła „żywego człowieka”.
Był też niezwykle punktualny.
Andrzej Markowski wspominał, że kiedy spóźnił się na wykład Doroszewskiego o trzy minuty, usłyszał, iż godzina ósma zero zero oznacza właśnie ósmą, a nie ósmą trzy.
Profesor miał przy tym mawiać, że punktualność nikomu nie szkodzi – poza człowiekiem punktualnym, który musi czekać na wszystkich pozostałych.
Tymczasem jego kariera naukowa rozwijała się bardzo szybko.
Witold Doroszewski urodził się w 1899 roku w Moskwie. Z rodzinnego domu wyniósł znajomość polskiego, rosyjskiego i francuskiego. Później posługiwał się również innymi językami.
Po przyjeździe do Polski studiował na Uniwersytecie Warszawskim. Jeszcze jako młody naukowiec wyjechał do Paryża, gdzie z jednej strony sam uczył języka polskiego, a z drugiej nadal się kształcił.
Później wykładał i uczestniczył w życiu naukowym wielu europejskich ośrodków.
Jednym z najważniejszych momentów tej międzynarodowej kariery był grudzień 1930 roku.
W Pradze spotkali się wówczas językoznawcy, których nazwiska weszły później do historii światowej nauki. Byli tam między innymi Roman Jakobson, Nikolaj Trubeckoj, Vilém Mathesius, Karl Bühler i Kazimierz Nitsch.
Był tam również Doroszewski.
To właśnie z tego spotkania pochodzi fotografia otwierająca nasz artykuł. Witold Doroszewski siedzi na niej pierwszy z lewej.
Nie znalazł się tam przypadkiem. Uczestniczył w pracach międzynarodowego środowiska językoznawczego, publikował za granicą i brał udział w kongresach odbywających się między innymi w Pradze, Amsterdamie, Brukseli i Rzymie.
Kilka lat później jego droga zaprowadziła go jeszcze dalej.
W 1936 roku pojechał do Stanów Zjednoczonych.
Na University of Wisconsin w Madison powstawał program poświęcony językowi, literaturze i kulturze polskiej. Doroszewski miał pomóc stworzyć go tak, aby działał również po jego powrocie do kraju.
Na potrzeby nowego ośrodka przygotowywano polski księgozbiór. Na zakup książek przeznaczono 3500 ówczesnych dolarów, a Doroszewski uczestniczył w jego kompletowaniu w Polsce.
Program nie zniknął wraz z jego wyjazdem. University of Wisconsin–Madison do dziś przedstawia go jako najstarszy akademicki program języka, literatury i kultury polskiej w Stanach Zjednoczonych, a Doroszewskiego wymienia wśród jego pierwszych profesorów.
Pobyt za oceanem dał mu również materiał do zupełnie innych badań.
Doroszewski słuchał, jak mówią polscy emigranci. Czytał polonijną prasę i obserwował, co dzieje się z polszczyzną po zetknięciu z językiem angielskim.
Po powrocie opublikował książkę „Język polski w Stanach Zjednoczonych A.P.”. Opisywał w niej język Polonii i angielskie słowa przenikające do codziennej polszczyzny emigrantów.
Potem przyszła wojna.
Doroszewski wykładał na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Wśród studentów polonistyki tego okresu byli między innymi Krzysztof Kamil Baczyński, Wacław Bojarski i Andrzej Trzebiński.
Po upadku Powstania Warszawskiego wyjechał z miasta. Nawet wtedy nie porzucił językoznawstwa. W Bukowinie Tatrzańskiej zajmował się miejscową gwarą.
Latem 1945 roku wrócił do Warszawy i uczestniczył w odbudowie Uniwersytetu Warszawskiego.
Po wojnie jego nazwisko zaczęło być znane już nie tylko naukowcom.
Doroszewski stał się głosem, którego Polacy słuchali w radiu. W Radiowym Poradniku Językowym odpowiadał na pytania dotyczące poprawności językowej i dla wielu słuchaczy stał się kimś w rodzaju najwyższej instancji w sporach o polszczyznę.
Paradoksalnie nie był jednak językowym policjantem, jak można byłoby sobie dziś wyobrazić profesora od poprawnej polszczyzny.
Korespondenci potrafili zarzucać mu wręcz zbytnią tolerancję. Doroszewski zwracał uwagę, że nie zawsze można sprowadzić język do prostego rozstrzygnięcia: ta forma jest dobra, a ta zła. Język ma swoją historię, regionalne odmiany i bez przerwy się zmienia.
Największym przedsięwzięciem jego życia stał się jednak „Słownik języka polskiego”.
Prace nad nim przypadły także na okres, kiedy polityka próbowała ingerować w naukę i język. W późniejszych wspomnieniach opisano spory dotyczące między innymi doboru cytatów i sposobu oznaczania części słownictwa. Do słownika nie dopuszczono na przykład cytatów z Józefa Piłsudskiego.
Maria Dąbrowska po ukazaniu się zeszytu próbnego słownika w 1953 roku bardzo ostro go skrytykowała.
Następnego wieczoru Doroszewski przyszedł do niej osobiście.
Podczas rozmowy miał wyjaśniać zakulisowe spory towarzyszące przygotowywaniu słownika. Po tej wizycie Dąbrowska inaczej spojrzała na część rzeczy, które wcześniej przypisywała samemu Doroszewskiemu.
Ostatecznie wielotomowy „Słownik języka polskiego” ukazywał się w latach 1958–1969. Obejmował około 125 tysięcy haseł.
Do dziś często mówi się o nim po prostu – „słownik Doroszewskiego”.
Profesor nie zamknął się jednak przez te lata w gabinecie wśród kartotek.
Wciąż interesowali go ludzie i to, jak naprawdę mówią. Badania gwarowe, radio, listy słuchaczy, język Polonii amerykańskiej – wszystko to sprowadzało się w gruncie rzeczy do tego samego: do słuchania żywego języka.
I być może dlatego fotografia poważnego profesora przy biurku pokazuje tylko część prawdy o Witoldzie Doroszewskim.
Równie dobrze można go sobie wyobrazić na małym motocyklu jadącym polną drogą na kolejne badania gwarowe. Na Wiśle, podczas podróży własną łodzią w stronę Gdańska. Na pokładzie jachtu pełnego gości podczas imienin. W amerykańskim Madison, gdzie pomagał tworzyć polonistykę. Albo w Pradze, siedzącego w pierwszym rzędzie pośród ludzi, którzy właśnie zmieniali światowe językoznawstwo.
26 stycznia 1976 roku Witold Doroszewski zmarł w Warszawie.
Niespełna dziewięć miesięcy później, 10 października 1976 roku, jego imię otrzymała Szkoła Podstawowa w Nadarzynie. Podczas uroczystości obecni byli członkowie rodziny profesora i przedstawiciele Uniwersytetu Warszawskiego.
Od tamtego wydarzenia mija właśnie pół wieku.
Przez te 50 lat nazwisko Doroszewskiego stało się w Nadarzynie czymś codziennym – widnieje na budynku szkoły, dokumentach i świadectwach kolejnych pokoleń uczniów. Znacznie mniej znany pozostał człowiek kryjący się za tym nazwiskiem.
Człowiek, który nazywał się Witold Jan Doroszewski i najwyraźniej potrafił równie dobrze odnaleźć się przy słownikowej kartotece, na uniwersyteckiej katedrze, jak i za kierownicą motocykla, czy za sterem jachtu.




Komentarze
Wybierz emotikonę
Wybierz GIF