Białołeb naprawdę nazywał się Franciszek Zwieszkowski. Nie był przypadkowym złodziejem, który pojawił się pewnego dnia w Walendowie. W okolicach Warszawy znano go już wcześniej. Prasa przypisywała mu kradzieże, napady na podróżnych i związki z koniokradami. Kilkakrotnie wpadał w ręce władz, ale ciągle odzyskiwał wolność.

W Walendowie wszystko zaczęło się dość niewinnie — od kradzieży wozu należącego do miejscowego ogrodnika Rudolfa Henkego.

Henke dowiedział się, że Franciszek Zwieszkowski może pomóc w jego odzyskaniu. Zapłacił mu 10 rubli i obiecał nikomu o tym nie mówić. Wóz się odnalazł.

Wkrótce w okolicy zaczęły jednak ginąć kolejne rzeczy i zwierzęta. Ludzie z majątku urządzili obławę na złodziei. Wtedy Henke zdradził tajemnicę odzyskanego wozu i dowiedział się, z kim właściwie miał do czynienia.

Franciszek Zwieszkowski był słynnym Białołebem.

Od tego momentu historia zrobiła się znacznie poważniejsza.

Białołeb miał zapowiedzieć, że zabije Henkego za złamanie tajemnicy. Groził także jego synom oraz spaleniem Walendowa, bo zarząd majątku nie chciał podporządkować się jego żądaniom.

Najbardziej brutalny epizod wydarzył się 1 lipca 1894 roku. Do właściciela Walendowa Alberta Krasnodębskiego przyszedł zakrwawiony karbowy Podwysocki. Opowiedział, że spotkał Białołeba w Łazach. Gdy bandyta dowiedział się, że mężczyzna pracuje w Walendowie, miał obciąć mu nos i zagrozić, że podobnie potraktuje innych ludzi związanych z majątkiem.

Strach musiał być ogromny.

Już następnego dnia ogrodnik Henke uciekł z Walendowa razem z całą rodziną, a część służby folwarcznej bała się wykonywać polecenia. Krasnodębski zwrócił się wówczas o pomoc do strażników ziemskich w Nadarzynie i Raszynie.

3 lipca 1894 roku Białołeb został schwytany w Tarczynie.

Było to wydarzenie tym bardziej znaczące, że bandyta już wcześniej wymykał się władzom. Kilka miesięcy wcześniej zatrzymano go w Sękocinie. Prasa pisała później o jego ucieczce i kolejnym schwytaniu. Podczas jednego z zatrzymań miał nawet rzucić stojącym wokół ludziom:

„Do zobaczenia, bo ja znów tu powrócę”.

I rzeczywiście wracał.

Po schwytaniu w Tarczynie było jednak inaczej.

Jeszcze 12 lipca gazety informowały, że człowiek określany jako postrach okolicy został „nareszcie ujęty”. Potem Franciszek Zwieszkowski znika z prasowych kronik.

To może być najbardziej wymownym zakończeniem całej historii. Wcześniej każde jego zatrzymanie kończyło się kolejną ucieczką, powrotem i następnymi doniesieniami o przestępstwach. Po wydarzeniach w Walendowie i zatrzymaniu w Tarczynie takich informacji już nie znajdujemy.

Jest więc całkiem prawdopodobne, że tym razem Białołeb rzeczywiście trafił za kraty na dłużej. W ówczesnym Królestwie Polskim za poważne przestępstwa stosowano nie tylko więzienie, ale również ciężkie roboty czy zesłanie w głąb Imperium Rosyjskiego.

Tak czy inaczej, jedno jest pewne: latem 1894 roku skończył się okres, w którym nazwisko Białołeba potrafiło sparaliżować cały majątek w Walendowie.