27 listopada 2020, imieniny obchodzą: Waleriana, Wirgiliusza, Ody

~Jonasz Podmuchalski
20:39 27-11-2020
Za co odpowiada i za co dostaje pieniądze Jonasz Podmuchalski? Jak wskazuje... więcej »
~jerzy do jazda bez trzymanki
18:47 27-11-2020
A jaki to problem jest na ul Brwinowskiej?... więcej »
~rambo
18:45 27-11-2020
Kordynator to steruje wujtem... więcej »

Belize, no shirt - no shoes - no shit - no problem

Komentarzy (0)
15-01-2011

Niczego się nie spodziewaliśmy po tym kraju, bo też nic na jego temat nie wiedzieliśmy i nie znaliśmy nikogo, kto byłby tu przed nami. Belize okazało się wielką i miłą niespodzianką. Choć spędziliśmy tu zaledwie kilka dni, do dziś moje ulubione motto brzmi dokładnie tak, jak to, wyryte na drewnianych tabliczkach.

Fot.

Usiłuję przypomnieć sobie, jak to się stało, że z Gwatemali dotarliśmy do Belize i... nic! W pamięci dziura wielkości czarnej dziury. Widocznie nie było problemów, skoro już po czterech latach nic nie pamiętam. To miła odmiana w tej długiej i burzliwej, delikatnie mówiąc, podróży. Niczego się nie spodziewaliśmy po tym kraju, bo też nic na jego temat nie wiedzieliśmy i nie znaliśmy nikogo, kto byłby tu przed nami. Belize okazało się wielką i miłą niespodzianką. Choć spędziliśmy tu zaledwie kilka dni, do dziś moje ulubione motto brzmi dokładnie tak, jak to, wyryte na drewnianych tabliczkach.

Pierwsze moje wspomnienie z Belize, to schludne i kolorowe domki przy drodze, zupełnie inne niż biedne chatki w Gwatemali, czy cabañasy w Meksyku. Dużo zieleni, a nawet miniaturowe ogródki gdzieniegdzie. I ludzie wyglądają inaczej, niż w sąsiednich krajach. Większość mieszkańców Belize to czarnoskórzy potomkowie afrykańskiego plemienia Garifuna. Kolorowo ubrani, uśmiechnięci i przyjaźnie machający na powitanie. Wszyscy w tym kraju mówią po angielsku, a my od wielu tygodni nie słyszeliśmy innego języka niż hiszpański. Znowu miła odmiana.fot. kk/archiwum własne autory

 

Dotarliśmy do Belize City, skąd wodną taksówką zamierzamy wybrać się na Caye Caulker – maleńką wysepkę, popularną wśród nurków. Wcześniej jednak wizyta w banku i wymiana dolarów amerykańskich na belizyjskie. I tu znowu zaskoczenie, bo nie ma żadnego problemu – dolar belizyjski ma stały kurs w stosunku do amerykańskiego – 2:1 czyli dwa belizyjskie na jeden amerykański. Można używać wszystkich kart, działają bankomaty, banki są czynne. Cóż za wspaniały początek dnia! Również bez problemu wsiadamy do wodnej taksówki i szybko docieramy na wyspę.

Z daleka wyspa wygląda imponująco. Maleńki zielony kawałek ziemi wśród turkusowej wody Morza Karaibskiego, a na brzegu, w miniaturowym porcie, kolorowe domki na palach.

Drewnianym pomostem schodzimy na główną drogę wyspy. Droga jest piaszczysta, żółta jak plaża i zupełnie pusta. Jest tak cicho, że tylko szum wiatru i fale sugerują, że to nie obrazek. Fajnie, ale mamy pierwszy w tym kraju problem – hotele co prawda są, ale nie ma w nich nikogo! Wszędzie otwarte drzwi, otwarta recepcja, ale nikt w niej nie pracuje, nie ma gości, nie ma fot. kk / archiwum wlasne autorysprzątaczek... Co robić? Ciężkie plecaki zaczynają doskwierać nam coraz bardziej, upał nie słabnie, bo to samo południe, a my nie bardzo wiemy co robić dalej. Znaleźliśmy jeden otwarty bar, zamówiliśmy zimne piwo, a ja czuję, że już mam tej bajki dość. Bo co my tu będziemy robić? Sami na wyspie, którą w ciągu jednego dnia można obejść szesnaście razy w każdą stronę. Nie ma żadnych turystów, nie ma ani jednego samochodu, nic się nie dzieje i na pewno umrzemy tu z nudów!

Pokrzepieni zimnym napojem, postanawiamy jeszcze raz przespacerować się główną ulicą w nadziei, że ktoś zechce jednak popracować przez moment i wynająć nam pokój w hotelu. Na spotkanie wychodzi nam najpierw wyraźnie wyluzowany słońcem i używkami turysta w szortach i kowbojkach, już z daleka macha na powitanie, ale potem spokojnie idzie dalej, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi. Za chwilkę mija nas pierwszy pojazd na wyspie – najprawdziwszy melex. Pasażerowie również nas pozdrawiają i jadą dalej. Ciekawe gdzie, skoro z każdej strony widać morze. Daleko nie zajadą.
Ja już w zasadzie jestem zdecydowana złapać powrotną taksówkę wodną i możliwie najszybciej opuścić to wymarłe miejsce. Pewnie tak by się stało, gdyby nie to, że wreszcie zauważyła nas recepcjonistka z  pobliskiego hotelu i przepraszając, że ona właśnie u koleżanki malowała sobie paznokcie, wydała nam klucz do pokoju, informując przy okazji, że zamelduje nas później, jak paznokcie wyschną. Cóż było robić, zrzuciliśmy plecaki i do morza.

fot. kk/archiwum własne autory Aż do późnych godzin wieczornych podły nastrój mnie nie opuścił. Wciąż pusto i cicho, a na dodatek zrobiło się ciemno. Jakby dopiero co huragan przeszedł! No to jeszcze jeden spacer po main street i szok.
Ludzie zaczynają wychodzić, nie wiadomo skąd. Zaczyna się robić tłumnie, słychać muzykę, otwierają się barki, plażowe restauracje, rozpalają grille. Na boisku szkolnym dzieciaki grają w koszykówkę, a za nimi rozkłada swoje graty jakiś zespół muzyczny. W ciągu godziny zaczął się prawdziwy festyn z muzyką na żywo, tańcami i piwem. Niesamowita odmiana. Nagle bardzo zaczęło mi się tu podobać. Kolacja w plażowej knajpce jeszcze bardziej poprawiła mi humor. Zamawiamy szaszłyki z krewetek i po prostu umieramy z rozkoszy. Krewety są gigantyczne, ani wcześniej, ani później nie widziałam aż tak dużych. Dokładnie nasmarowane masełkiem czosnkowym, chrupiące i świeżutkie. Niebo w gębie i radosny uśmiech na twarzy.

Rankiem pędzimy do centrum nurkowego z zamiarem wypłynięcia na snorkeling i odkrywamy tajemnicę wczorajszego spustoszenia wyspy. Wszyscy turyści kłębią się przy łódkach wypływających z portu. Tutaj po prostu każdy turysta spędza cały dzień nurkując na okolicznych wspaniałych rafach. Dla mnie to pierwsza przygoda z maską i rurką.
Muszę przyznać, że jestem przerażona kiedy po raz pierwszy mam zejść z łódki. Nasz przewodnik opowiada o wspaniałościach, które za chwilę zobaczymy a ja tylko zapamiętałam to, że mamy widoczność na 30 metrów! Jak to możliwe? I jaka tu jest głębokość, skoro widoczność jest 30 metrów, a to nie jest jeszcze dno? O mamo, co mnie podkusiło, żeby włazić na tę łódkę?! Przecież mogłam się wylegiwać na plaży!fot. kk/archiwum wlasne autory

Nie ma wyjścia, schodzę. Ze strachu nie mogę oddychać przez rurę, maska chce mi urwać uszy i jestem przekonana, że za chwilę się utopię. Pierwsza rafa dla mnie jest przerażająca. Wygląda jak wielki, kamienny las. Szaro i strasznie. Poza tym gdzie te rybki co miały być takie śliczne i kolorowe? Już po kilku minutach domagam się powrotu na łódkę i z przerażeniem myślę, że przede mną jeszcze dwa takie zejścia dzisiaj.

Drugie zejście troszkę mnie uspokaja, bo jest dość płytko, a my pływamy wśród wielkich płaszczek, które nic nie robią sobie z naszej obecności. Jakby były oswojone, a to przecież środek morza, nie basen w zoo. Udaje mi się wytrwać w wodzie trochę dłużej, ale chyba tylko dzięki świadomości, że za chwilę płyniemy na pobliską wyspę Ambergris Caye. Zaraz po zejściu na suchy ląd biegnę do baru, a KK już prosi uroczego kelnera o wielkiego, kolorowego drinka dla mnie – w nagrodę i na pokrzepienie.
Po drinku i lunchu spacerujemy chwilkę po wyspie. Ładnie tu i kolorowo jak na Caye Caulker, ale zdecydowanie więcej turystów, hoteli, sklepików z pamiątkami i nawet jest kilka samochodów. Wszędzie gwarno, wesoło, z fot. kk / archiwum wlasne autorybarków dobiegają dźwięki muzyki i żałuję, że nie możemy zostać dłużej.

Łódka czeka, płyniemy dalej, na kolejną rafę. Muszę raz jeszcze przemóc strach i wskoczyć do wody. Na szczęście to ostatnie miejsce jest naprawdę piękne.  Rafa zdecydowanie ciekawsza, kolorowa, pełna ryb i ukwiałów. Nie wiem czy to te kolory, czy drink w barze, ale mniej się boję i nawet przez chwilę myślę, że być może kiedyś polubię maskę i rurkę.

Leniuchowanie bardzo nam się spodobało, więc zrezygnowaliśmy z pierwotnego planu zwiedzania kraju (czytaj: kolejnych ruin) i resztę czasu spędziliśmy na plaży. To już koniec naszej pięknej podróży, wsiadamy w wodną taksówkę, potem w autobus i jedziemy w kierunku Cancun, skąd odlatuje nasz samolot do zimnej, pełnej problemów Europy.

Nawet teraz, po kilku latach, w trudnych chwilach wciąż sobie po cichutku powtarzam - no shirt - no shoes - no shit - no problem!

Autor: Sylwia Pryzińska

Komentarze:
 
Copyright © 2010 - 2020 Nadarzyn.tv
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE. DALSZE ROZPOWSZECHNIANIE ARTYKUŁÓW, ZDJĘĆ, FILMÓW, TYLKO NA PODSTAWIE PISEMNEJ ZGODY WŁAŚCICIELA PORTALU