29 listopada 2020, imieniny obchodzą: Błażeja, Saturnina, Fryderyka

~jerzy
17:44 28-11-2020
Ulica Brwinowska znajduje się w Strefie Zamieszkania a przyległe nie o czym... więcej »
~Proszę, jak policjanci rozeznani
16:11 28-11-2020
a w obliczu pijanego zastępcy rozeznanie się jakby rozmywa... destrukt i... więcej »
~czy tak jest wszędzie
15:49 28-11-2020
Jak to jest: przychodzi wójt zdaje się przyzwoity człowiek. A np. po dwóch... więcej »

Stany Zjednoczone Meksyku, część - V

Komentarzy (0)
31-01-2011

Oaxaca, mezcal, ser w kłębkach i droga do Gwatemali

Nasza podróż po Meksyku powoli dobiega końca. Z Mexico City jedziemy autobusem do Oaxaca (czyt. łachaka), przed nami kolejne kolonialne miasto i kolejne ruiny. Znów będziemy się wspinać na piramidy i prażyć w słońcu. Ech... Zmęczenie już sięga zenitu, a ja mam w uszach to, co powiedział pewien Polak w Tulum... Pamiętacie? "Panie, ja mam dwie cegielnie, ale tyle kamieni na raz to w życiu, k... nie widziałem!" Zaczynam to rozumieć!

Autobus zabiera nas z Mexico City prosto do Oaxaca. Zmęczeni podróżą i głodni, prosto z autobusu, jeszcze z plecakami na plecach, zasiadamy przy ulicznym straganie ustawionym dokładnie na wprost dworca autobusowego. Zapach świeżo przyrządzanego jedzenia jest taki, że nie możemy przejść obok obojętnie. Dopiero posileni quesadillas ruszamy na poszukiwanie hotelu.
Krążymy uliczkami kolonialnego miasteczka i podziwiamy kolorową zabudowę. Hiszpanie zrobili tu kawał dobrej roboty, miasto jest naprawdę ładne. W naszym hotelu są co prawda pokoje bez okien (w Meksyku nie jest to rzadkością), ale za to w patio jest piękny ogród i ogromna ilość ptaków. Niektóre z nich gadają, a inne gwiżdżą znane melodie. Zupełnie jak mężczyzna przy goleniu! Tylko szkoda, że zaczynają gwizdać już o świcie.

Obudzeni porannymi gwizdami wybieramy się na mercado kupić coś na śniadanie i popatrzeć na miejscowe specjały. KK oczywiście szuka maski do swojej kolekcji. Maski nie znaleźliśmy, ale za to odkryliśmy ser, jakiego nie ma chyba nigdzie na świecie. Ten ser nazywa się quesillo, ma prawie biały kolor, jest dość twardy, ciągnący i zwijany w okrągłe kłębki. Na pierwszy rzut oka wygląda jak sznurek do wieszania bielizny albo raczej lekko zużyta guma do majtek. Smakuje wyśmienicie i można go kupić tylko w stanie Oaxaca. Chciałoby się przywieźć trochę do domu, ale mamy przed sobą prawie dwa tygodnie podróży, więc nie ma najmniejszych szans.

Na mercado jest też lodziarnia, a w niej lody z... mezcalem! Nie możemy przegapić takiej okazji, w końcu Oaxaca to miasto mezcalu. Zamawiamy po jednej kulce, tak tylko na spróbowanie. Pani ekspedientka jest bardzo miła, choć zdziwiona widokiem turystów kupujących lody. Przecież każdy zdrowy na umyśle podróżnik wie, że w żadnym egzotycznym kraju, pod żadnym pozorem nie wolno jeść lodów!
No tak, łatwo powiedzieć! Ale one przecież są z mezcalem! Uff, dostałyśmy po czubatym pucharze białawej mazi, która wyglądem przypominała zamrożone mydliny a zapachem bardzo starą szmatę do podłogi. To kara za ciekawość! Niby można nie jeść, odstawić pucharek, podziękować i wyjść. Tylko że zanim zdążyłyśmy usiąść, wokół nas zebrał się spory tłumek okolicznych handlarzy. Czekamy. Mamy nadzieję, że może za chwilkę sobie pójdą. No, nie! Oni wciąż się gapią! Co jest?! Lodów nie widzieli?! No i co teraz? fot. KK, archiwum własne autory

Mamy już na głowach czapki, mamy ciemne okulary, pełna konspiracja. KK stoi z boku i zaśmiewa się do łez. On jako jedyny wykazał się przytomnością umysłu i za deser podziękował. Siedzimy jeszcze chwilę, tłumek wciąż nam kibicuje, lody trochę się już rozpuściły, ale ilość wciąż ta sama. W końcu mamy dość, zbieramy się na odwagę i udając, że nic się nie stało i nigdy w życiu nie zamawiałyśmy żadnych lodów z mezcalem, oddalamy się pochłonięte przesadnie zażartą dyskusją o naszej idiotycznej sytuacji, bo oni i tak niczego nie zrozumieją w naszym języku.

Powiem zupełnie szczerze, że lodów odechciało mi się na długo. Na szczęście nie zniechęciłam się do mezcalu, bo ten jest tu wyjątkowo dobry. I nic nie szkodzi, że pływa w nim robak! Jest tylko jeden i na dodatek malutki! Jak się zagryzie solą, to można go nawet spokojnie zjeść. Zresztą rodzajów mezcalu jest wiele i cała noc przed nami, żeby przynajmniej kilku spróbować. Tu i tak nie ma nic zabawniejszego do roboty wieczorami.

Rano wyprawa do Monte Alban, starożytnej stolicy Zapoteków. Piramidy może trochę inne niż poprzednie, ale ja już mam dość. Wszystko zaczyna mi się mylić, nie pamiętam gdzie, jakie plemię, kto je podbił i kiedy. Wszystkie starożytne miasta w Meksyku wydają mi się już takie podobne. fot. KK, archiwum własne autory

Na szczęście Monte Alban, co znaczy Biała Góra, położone jest zaledwie kilka kilometrów od Oaxaca i ze spłaszczonego wzgórza, na którym rozciągają się ruiny, rozciąga się wspaniały widok na okolicę. To niezwykle efektowne i trochę mnie relaksuje.

Pomimo lekkiego znużenia muszę przyznać, że historia tego miasta jest interesująca i sięga aż 60 000 lat p.n.e. Ponoć pierwszymi mieszkańcami Doliny Oaxaki byli jaskiniowcy. Sporo później, bo ok. 1200 r. p.n.e. rozwinęła się tu kultura pierwszych Zapoteków. Natomiast niedługo potem, bo ok. 900 r. p.n.e. zaczęli osiedlać się również Olmecy, a nawet Majowie. Wciąż jednak głównie Zapotekowie zamieszkiwali w Monte Alban, stale doskonalili i rozwijali swoje miasto aż do 750 r. n.e. kiedy to zostali podbici przez Misteków i zmuszeni do osiedlenia się w innych miejscach doliny. Wkrótce miasto zostało przez Misteków zrujnowane i opuszczone. Rzeczywiście, dziś Monte Alban to ruiny, a skarby pozostawione przez Misteków w grobowcach można obejrzeć w Muzeum Regionalnym w Oaxace. Tylko że ja już nie zniosę muzeum.

I pomyśleć, że mamy przed sobą kolejne starożytne miasto – tylko droga do niego daleka, bo to Tikal w Gwatemali. Postanowiliśmy, że damy sobie kilka dni oddechu i przed Tikal pojedziemy do miasteczka Panajachel (czyt. panachaczel), które leży nad wielkim jeziorem otoczonym czynnymi wulkanami, potem do Antiqua Gwatemala i dopiero na koniec odwiedzimy Tikal. Plan podróży po Gwatemali już gotowy, więc ruszamy!
Targamy swoje plecaki na dworzec autobusowy, kupujemy bilety i idziemy na ostatnią kolację w Oaxace. Stragan z pachnącym żarciem wciąż stoi, ale KK mówi, że przed nami długa podróż i lepiej zjeść tym razem w restauracji, żeby sensacji żołądkowych nie było.

Idziemy więc do restauracji. Jedzenie całkiem smaczne, choć bez rewelacji, a nawet nie boję się powiedzieć, że na ulicy było lepsze. Jest też mezcal, żeby się w autobusie dobrze spało i żeby uleczyć ewentualne dolegliwości żołądkowe. Zawsze działało, tym razem też musi być dobrze! Ale jednak jakoś nie musi, bo już w połowie drogi między Oaxaką a granicą, wszyscy nerwowo zaczynamy spoglądać w kierunku toalety. Wiadomo, że nikt nie lubi korzystać w autobusie z tego przybytku. Szczególnie, jeśli dwudziestu ośmiu Meksykanów było tam już wcześniej! Przychodzi jednak taki moment, że nie ma wyjścia. Trzeba i koniec! Widzieliśmy już wiele autobusowych toalet w tym kraju i nie było źle, więc cóż...

Idę! Otwieram drzwi i oczom własnym nie mogę uwierzyć. Na podłodze mokro i ślisko, brudno w muszli, śmierdzi, a ktoś pomysłowo skorzystał nawet z umywalki; teraz woda nie spływa i ma wiadomy kolor. Szkoda, że nie mogę pokazać wam, jaką gimnastykę trzeba wykonać, żeby w autobusie jadącym po górzystym terenie, w pomieszczeniu o wymiarach 1 m na 50 cm, w którym drzwi się nie domykają, załatwić bardzo naglącą potrzebę fizjologiczną. Możecie sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy jedną ręką trzeba trzymać spodnie, żeby nie zamoczyły się w tym, co pływa po podłodze, drugą trzymać się ściany, żeby na zakrętach nie wypaść przez niedomknięte drzwi, a jeszcze balansować tak, żeby trafić w otwór muszli i jednocześnie uchylać się przed zawartością umywalki, która co jakiś czas się z niej wychlapuje. Katastrofa!
Jakoś dotarliśmy w okolice granicy, złapaliśmy taksówkę, żeby dojechać do samego przejścia i pieszo przeszliśmy granicę. Jesteśmy na terytorium Gwatemali, pewni, że w tej podróży już nic nas nie zaskoczy. A jednak...

O podróżowaniu po Gwatemali, indiańskich wioskach i wyspach w Belize w kolejnych odcinkach.

Autor :Sylwia Pryzińska

Komentarze:
 
Copyright © 2010 - 2020 Nadarzyn.tv
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE. DALSZE ROZPOWSZECHNIANIE ARTYKUŁÓW, ZDJĘĆ, FILMÓW, TYLKO NA PODSTAWIE PISEMNEJ ZGODY WŁAŚCICIELA PORTALU