Irena Piotrkowicz urodziła się w 1929 roku. Kiedy wybuchła II wojna światowa, miała zaledwie dziesięć lat. Jej wspomnienia z pierwszych dni września są tym cenniejsze, że wojna nie pojawia się w nich jako ciąg dat, nazwisk dowódców i ruchów wojsk. Widzimy ją oczami dziecka, dla którego jeszcze chwilę wcześniej najważniejsze były zupełnie inne sprawy.

Jednym z takich miejsc był niewielki lokal prowadzony przez wujka Władka.

W ogóle to lubiłyśmy tam chodzić i przed wojną, bo wujek prowadził małą restaurację, może bardziej taki bar, wyszynk, i było tam radio. Zawsze było coś ciekawego.

Do lokalu przychodzili również nadarzyńscy policjanci. Jednego z nich Irena zapamiętała szczególnie dobrze.

Bardzo lubiłam policjanta Bogdalskiego, bo był wesoły i jak tylko przyjeżdża kino do remizy, to on wprowadzał dzieci bez biletów tylnymi drzwiami od strony Kantowej.

To drobny obraz przedwojennego Nadarzyna: niewielki lokal, radio będące wtedy oknem na świat, policjanci przychodzący na obiad, kino przyjeżdżające do remizy i dzieci, dla których znalezienie się na seansie bez biletu było małą przygodą.

Kilka tygodni później wszystko wyglądało już inaczej.

Wujek poszedł na wojnę

Po ogłoszeniu mobilizacji wujek Władek trafił do wojska. Jego żona została sama z kilkumiesięcznym dzieckiem. Irena wraz ze starszą o dwa lata siostrą zaczęły regularnie przychodzić jej pomagać.

Jak tylko wybuchła wojna, to codziennie z Zosią biegałyśmy do cioci Naziębłowej, bo wujek Władek został zmobilizowany i poszedł na wojnę. Ciocia została z małą Zosią, miała kilka miesięcy. Ja miałam już 10 lat, a siostra dwa więcej i pomagałyśmy cioci.

Radio, które przed wojną było dla dziewczynek atrakcją, teraz przynosiło wiadomości o nalotach i zbliżającym się froncie.

Któregoś dnia pojawił się komunikat o nadlatujących samolotach.

Jak przez radio był komunikat, że lecą samoloty, to ciocia kazała nam iść do domu.

Dom rodzinny znajdował się po przeciwnej stronie rynku, przy drodze prowadzącej w kierunku Walendowa. Dziewczynki ruszyły więc przez Nadarzyn.

Nie wyglądało jednak na to, że za chwilę wydarzy się coś strasznego.

Na rynku nie było już wozów. Samoloty nie nadlatywały, to poszłyśmy na rzekę. 
Rynek nadarzyński wrzesień 1939 r. .
Rynek nadarzyński wrzesień 1939 r. .Fot. / źródło: Udostępnił Arkadiusz Świderski

Ten zapamiętany przez Irenę szczegół dobrze pasuje do obrazu Nadarzyna z pierwszych dni września. Z zachowanych materiałów wynika, że jednego z tych dni od rana na rynku i w pobliżu kościoła stały dziesiątki furmanek ze zbożem i sianem przeznaczonym dla wojska. Nad miejscowością pojawił się też niemiecki samolot rozpoznawczy.

Później wozy zniknęły.

A nad Nadarzyn nadleciały samoloty.

„A my, głupie, zamiast uciekać, gapiłyśmy się”

Dziewczynki znajdowały się nad rzeką. Po jej drugiej stronie rozciągało się pole należące do pana Pióro.

Irena zapamiętała, że widziała tam gospodarza razem z synem.

Nagle samoloty nadleciały, a my, głupie, zamiast uciekać, gapiłyśmy się. Po drugiej stronie rzeki było pole pana Pióro i tam pan Pióro z synem grabili chyba siano.

Dla dziesięcioletniej dziewczynki samoloty były jeszcze czymś, na co można było patrzeć z ciekawością.

Do chwili pierwszego wybuchu.

Jedna z bomb spadła do stawu i wybuchła. Dopiero wtedy uciekłyśmy do domu. 

W jednej chwili wojna przestała być komunikatem słyszanym przez radio.

Stała się czymś, co działo się kilkaset metrów od domu.

Dopiero później Irena dowiedziała się, jakie były skutki nalotu. 

Później okazało się, że zginął syn, a ojciec był ranny.

W innych zachowanych lokalnych relacjach również pojawia się rodzina Piórów i niemiecki atak w tym rejonie. Nie wszystkie przekazy są jednak zgodne co do dokładnych okoliczności śmierci młodego Pióry. Jedna z wersji mówi o bombach spadających na zabudowania i pole rodziny, inna o śmierci chłopca podczas ostrzału z nisko lecącego samolotu. Po ponad osiemdziesięciu latach nie każdy szczegół da się więc rozstrzygnąć. Relacja Ireny pozostaje świadectwem tego, co sama widziała i czego dowiedziała się bezpośrednio po wydarzeniu.

Mapa poglądowa bomb zrzuconych na Nadarzyn
Mapa poglądowa bomb zrzuconych na NadarzynFot. / źródło: Ryszard Zalewski

Bomby spadają na Nadarzyn

Zebrane materiały pokazują skalę ataku znacznie większą niż ta, którą mogła zobaczyć stojąca nad rzeką dziesięcioletnia dziewczynka. 

Wjazd do Nadarzyna od strony Mszczczonowskiej. Zbombardowana ulica Pierackiego
Wjazd do Nadarzyna od strony Mszczczonowskiej. Zbombardowana ulica PierackiegoFot. / źródło: Udostępnił Arkadiusz Świderski

Bomby burzące i zapalające spadały na zabudowania Nadarzyna. Zniszczenia objęły m.in. rejon dzisiejszej ulicy Mszczonowskiej. Trafione zostały zabudowania Antoniego Trzosowskiego. Zginęła jego trzyletnia córka Eleonora, nazywana Lonią, a ciężko ranną matkę dziewczynki przewieziono do Warszawy. Płonęły i zostały uszkodzone również inne domy. Bomby spadły także w rejonie pól należących do rodziny Piórów. 

  Wojna, która jeszcze kilka dni wcześniej wydawała się czymś odległym, weszła w sam środek miejscowości.

Co ciekawe, nawet zachowane wspomnienia mieszkańców nie są całkowicie zgodne co do daty bombardowania. W jednej z rekonstrukcji duży nalot na Nadarzyn umieszczony jest 7 września. Czesław Perczyński, inny mieszkaniec Nadarzyna, wspominał natomiast po latach, że miejscowość została zbombardowana 6 września, a następnego dnia bomby zapalające spaliły jego zabudowania gospodarcze.

Jedno wiadomo znacznie dokładniej: 8 września 1939 roku do Nadarzyna dotarły niemieckie oddziały pancerne.

„Za dwa dni weszli Niemcy”

Rynek nadarzyński wrześień 1939 r.
Rynek nadarzyński wrześień 1939 r.Fot. / źródło: Zbiory Ryszarda Zalewskiego

Przed południem 8 września czołowe oddziały niemieckiej 4. Dywizji Pancernej przeszły przez Nadarzyn w kierunku Warszawy. Tego samego dnia niemieckie czołgi dotarły na przedmieścia stolicy, próbując zdobyć ją z marszu.

Dla dziesięcioletniej Ireny znacznie ważniejsza od nazw jednostek wojskowych była jednak zmiana, którą pojawienie się Niemców oznaczało w codziennym życiu.

Zapamiętała ją w jednym krótkim zdaniu:

Za dwa dni weszli Niemcy i już tak swobodnie nie mogłyśmy chodzić do cioci.

I właściwie w tym zdaniu kończy się świat, który opisywała na początku swojego wspomnienia.

Nie ma już swobodnego biegania przez rynek. Nie ma dziecięcych wypraw do cioci tylko dlatego, że wujek ma radio. Nie ma beztroskiego wyglądania samolotów ani policjanta Bogdalskiego wypuszczającego dzieci tylnym wejściem na kino w remizie.

Jest okupacja.

Wojna zapamiętana przez dziecko

Wielką historię września 1939 roku można opisywać nazwami armii, dywizji, pułków i nazwiskami generałów. Można odtwarzać godziny nalotów i trasy przemarszu niemieckich kolumn pancernych. 

1939 -1940 widok na wjazd do Nadarzyna od strony Warszawy
1939 -1940 widok na wjazd do Nadarzyna od strony WarszawyFot. / źródło: Udostępnił Arkadiusz Świderski

Wspomnienie Ireny Piotrkowicz-Kowalskiej pokazuje coś, czego nie znajdziemy w wojskowych meldunkach.

Pokazuje ostatnie chwile zwykłego, przedwojennego Nadarzyna: mały wyszynk z radiem, policjantów przychodzących na obiad, kino w remizie, dzieci biegające przez rynek i dwie siostry stojące nad rzeką, które zamiast uciekać, z ciekawością patrzą na nadlatujące samoloty.

A potem bombę, po której zaczęły uciekać.

I niemieckie wojsko, po którego wkroczeniu nie można już było nawet tak jak dawniej pobiec przez Nadarzyn do cioci.

Relacja Ireny Piotrkowicz, po mężu Kowalskiej, rocznik 1929. Spisano z notatek w 2021 roku.